Strona 18
uczuciem. — Brawo! szanuję cię za tą rozumną cześć dla przeszłości i za odwagę własnych przekonań.
Panna Teresa patrzyła tylko na niego z wilgotnym jakimś blaskiem w źrenicach, a wyciągając rączkę, szepnęła:
— Żałuję, że Tadeusz słyszeć pana nie może. To powtórne splecenie się ich dłoni dolało nowąkroplę oliwy do ognia, wrzącego w sercu eks-dyplomaty. Ostre zęby jego zgrzytnęły, oczy zaś objęły gniewnie harmonijnie piękny stanowiące obrazek postacie Tereni i Jerzego.
— Któż to jest — zauważył z ironicznym uśmiechem — ów szczęśliwy pan Tadeusz, którego imię kuzyneczka ustawicznie wspomina?
— Ktoś, kogo kocham bardzo — z promiennym objaśniła uśmiechem.
Morski skrzywił się lekko.
— Piękna kobieta i miłość, to rzeczy nieodłączone — zauważył z ironicznym ukłonem. — Strzeż się jednak, kuzynko, byś skarbu swego w niepowołane nie rzuciła ręce. Wierzaj mi, jako doświadczonemu, iż dzisiejsza młodzież, to zepsuci samolubi lub przewrócone głowy.
— Tylko nie Tadeusz — wtrącił Jerzy Kotwicz gorąco. — Pan hrabia, zdaje się...
— Nie zna tej doskonałości — uzupełnił Eustachy Morski lekceważąco. - W rzeczy samej, Pan
Bóg ustrzegł mnie od równie wątpliwego zaszczytu, którego co prawda, nie pragnę wcale.
Pani Opolska, zajęta wpierw ustawianiem na bocznym stoliczku przyniesionych przez służącego herbaty i owoców, wyprostowała się teraz ze zmarszczką obrażonej dumy na czole. Terenia uprzedziła ją jednak:
— Mości hrabio — zawołała — dziękuję za tę szczerość wzorową. Panie Jerzy, zechcesz powtórzyć bratu memu, Tadeuszowi, iż hrabia Eustachy Morski, były nasz opiekun, dziękuje Bogu, że go uchronił od tak wątpliwego, jak znajomość swego pupila, zaszczytu.
Niedoszły minister zgłupiał na razie.
— Kuzyneczko — zawołał — przysięgam na honor, iż zapomniałem zupełnie...
— Że ja mam brata, a pan pupila — uzupełniła z goryczą. — Rzecz prosta, Tadeusz niejest przecież wyścigowcem, ani...
— Ależ nie, zapomniałem tylko, że takie nosi imię.
Jerzy Kotwicz przygryzł wąsa, z trudnością śmiech tłumiąc, pani Opolska nawet w tym samym celu silniej pochyliła głowę. Jedna Terenia tylko, nie zdolna zapanować nad oburzeniem, dumnem pyszałka mierzyła okiem.
— Może państwo pozwolicie na herbatę? — z abrzmiał łagodząco głos gospodyni domu.
Hrabia Morski czuł, że mu pozostać nie wypada.
— Daruj, chere cousine — wyrzekł — mam jednak
gości ze stolicy, których na chwilkę tylko porzuciłem.
— Ach, więc to oni polowali przedwczoraj — wtrącił Jerzy półgłosem.
Hrabia posłyszał uwagę.
— Tak — przyznał. — A czy wolno wiedzieć, dlaczego to pana dziwiło?
— Ubodzy sąsiedzi moi, włościanie, skarżyli się z płaczem, iż pańska jakaś kawalkada, szukając kaczek widocznie, stratowała i zniszczyła im zboża w stronie rzeki.
— Nieznośni wydrwigrosze — oburzył się Morski. — Kradną, albo skarżą się na domniemane krzywdy.
— A — dodał, spostrzegając się nagle — przepraszam, nie chciałem nikogo dotknąć. Przepraszam, panie... panie Kotwicz.
— Niech się hrabia nie krępuje — zapewnił młody człowiek z pogodą.
Chmura na czole panny Teresy rosła z każdą chwilą.
— Hrabio Morski, może chociaż filiżankę herbaty? — zaproponowała pani Opolska ceremonialnie.
— Merci et bon jour chere Hedvige. Pozwól mi się łudzić nadzieją, iż na przyszły raz, zapominając
o dawnych urazach, raczysz w hrabi Morskim wi-
dzieć krewnego przedewszystkiem. W imię praw, nadanych mi przez tytuł ten, ośmielę się przedstawić ci moich gości, tak, aby nieobecność ich nie potrzebowała skracać drogich chwil, jakie pragnę spędzać tu niekiedy.
Pocałował ją z rycerską czcią w rękę, a zbliżywszy się do wyprostowanej dumnie panny Teresy, dodał:
— Kuzyneczko, zbudzony ostremi słowami, były opiekun weźmie sobie za zadanie, by, usunąwszy otrzymaną od ciebie dymisyę, zaszczytną godność tę pozyskać napowrót. Tymczasem wuj twój i opiekun żegna cię z tem przeświadczeniem, iż w przyszłości nie odmówisz mu twej sympatyi.
I skinąwszy z pańska głową Jerzemu, Morski balkon opuścił.
V.
Hrabia dotrzymał słowa; sprawa opieki stała się dla niego w tej chwili kwestyą dnia, interesem pierwszej doniosłości. Mało go obchodziły kłopoty lub majątkowe stosunki Opolskich; nie troszczył się o przeszłość ich lub przyszłość, lecz pragnął koniecznie pozyskać przewagę nad teraźniejszością, otrząsnąć się ze śmiesznej roli malowanego opiekuna, która go musiała w oczach kobiet tych poniżać. Zimny chłód i nieukrywane lekceważenie panny Teresy gniewały go, jej nadzwyczajna piękność pociągała, zaciekawiała, drażniła. Kto wie, jak długo powikłania majątkowe i wycieńczenie kasy orłowskiej zatrzymają go tutaj; sapristi, warto było, zachodu, by sobie tę śliczną zjednać dziewczynę.
— Cudowna! Cudowna! — powtarzał Morski. Co