Strona 17
tek i opuszczenie. Porzucone dla wielkich idei mniejsze obowiązki miejscowe mszczą się dziś bezlitośnie; najbliżsi karzą szyderstwem i niewiarą. Trzeba też zaiste wiele odwagi, aby bez przyjaznego uścisku dłoni, bez życzliwej rady i wskazówki pójść teraz drogą ciernistą, na której przyjdzie mimowolne okupić winy.
— Szczytny blagier — wybiegło szeptem na usta panny Teresy, podczas, gdy matka jej, wyciągnąwszy dłoń do Morskiego, mówiła łagodnie:
— Odwagi, panie hrabio. Na zwrot szczęśliwy i czyn dobry nigdy zapóźno. Naprawiać błędy przeszłości, to rzecz niełatwa, unikać przyszłych jednak, może każdy myślący i rozumny człowiek.
— Kuzyneczko, choć jedno słówko przebaczenia — prosił Morski stłumionym głosem, znalazłszy się w chwilę potem, sam na sam z panną Teresą. — Błagam, nie bądź surowszą od twej matki.
— Przebaczenia? Za co?
— Za wczorajszą mą śmiałość. Zapomnij o niej...
— Opolscy nie zwykli zapominać zniewag doznanych — rzuciła wyniośle.
— Jakto, kuzyneczko, więc drobnem przewinieniem...
— Obelga, wyrządzona kobiecie, na inne zasługuje miano — zaprzeczyła z dumą. — Mężczyzna, dopuszczający się podobnej zniewagi, popełnia tchó-
rzostwo, które jemu samemu ubliża przedewszystkiem.
— Zgoda — przyznał, wpatrzony z zachwytem
w pałającą głębię czarnych jej oczu i rysy oburzeniem tchnące. Zgoda, przyznaję, iż nierozwagą ubliżyłem sam sobie. Skoro tak jednak, nie powinnaś pani mieć do mnie urazy.
— Urazę do wuja i opiekuna — zabrzmiało ironicznie — nie, nigdy! Do pana, hrabio Morski, nie chowam żalu — każdy daje to tylko, na co go stać; nic więc dziwnego, że zbolałe pańskie serce, o którem tak rozczulająco opowiadałeś mej matce, musiało poprawę od ulicznej rozpocząć donżuaneryi. Nie gorsz się jednak, iż ciemna parafianka umie za ten rycerski animusz nie wdzięcznością, lecz pogardą odpłacać jedynie.
— Sapristi! co za ogień! — myślał hrabia Eustachy, zapatrzony w piękną swą pupilkę. — A to istny kontrast z pozorną dobrocią, wiecznie uśmiechniętych i słodkich jak lukrecya, panien na wydaniu. Poczekaj, moja mała, spróbujemy ugłaskać cię nieco.
Rysy panny Teresy cudownej w tej chwili uległy zmianie. Na stopniach balkonu ukazał się obok wracającej pani Opolskiej, wysmukły młody mężczyzna, o wyrazistych, rozumnych oczach i obliczu
szlachetnością tcbnącem. Usta, zgrabnym pokryte wąsem, nosiły cechę łagodności i siły; myślące, ciemnymi włosami okolone czoło, zdradzało piętno marzycielstwa, doskonale licujące z wytwornością całej postaci, która uderzała wdziękiem, oraz wyrazem niezwykłego hartu.
Chłodna niechęć i duma panny Teresy pierzchnęły odrazu. Podniosła się, by z promiennym, serdecznym uśmiechem wyciągnąć ku przybyłemu rękę.
— Co za miła niespodzianka — zawołała. — Czy to się godzi tak zapominać o najbliższych sąsiadach?
— Nie śmiałem narzucać się paniom.
— O, raczej byłem skąpcem, który cennych chwil swej swobody nie chciał marnować na czczą z kobietami gawędkę. Doprawdy, zaczynam pragnąć, aby Tadeusz wrócił jaknajprędzej, bo wtedy i pana będziemy częściej widywały.
— Biedny Tadzio, zmartwiłby się, posłyszawszy, jak błahym powodem motywujesz pani tęsknotę swą za nim — odparł żartobliwie.
I oboje rozśmieli się z tą swobodą i szczerością, która, wykluczając myśl wszelkiej zalotnej kokieteryi, zdradzała stopę poufną, pokrewną nieomal, jaka ich od dziecięcych jeszcze lat łączyła.
Hrabia Eustachy patrzył z pewną zazdrością na
piękną, życiem młodzieńczem tchnącą twarz przybyłego. Gniewała go wysmukła, wdzięczna jego postać, drażniło życzliwe wejrzenie, z jakiem czarne oczy panny Teresy na niej spoczywały. Nie przywykł dotąd, by o nim zapominano dla jakiegoś ładnego młodzika.
— Kuzyneczko — rozpoczął, ujmując kapelusz.
— Ach, przepraszam, nie przedstawiłam panów — poprawiła się czarnobrewa żywo. — Pan Jerzy Kotwicz, hrabia Eustachy Morski — uzupełniła prezentacyi
Posłyszawszy nazwisko to, młody człowiek który na pół już miał wyciągniętą rękę, cofnął się o krok w tył i ceremonialny oddał tylko ukłon.
Hrabia krótkiem odpowiedział skinieniem, a mierząc go lekceważąco przez złote binokle, spróbował zemścić się za uprzejmość Tereni.
— Nazwisko pańskie nie jest mi obcem — zauważył. — Kotwicz był przez długi czas rządcą u nas.
To mój ojciec, panie hrabio — brzmiała z całą swobodą dana odpowiedź.
— A, ojciec Waćpana — ciągnął, przyglądając mu się z arystokratyczną arogancją. — Nie wiedziałem, że stary miał syna.
Młody człowiek przygryzł tylko wargę, a panując nad sobą, odparł spokojnie:
— Sądziłeś, panie hrabio, iż na zbytek taki magnaci mogą sobie tylko pozwalać?
Zielonawe oczy hrabiego błysnęły złowieszczo.
— Nie — zaprzeczy! — ale Kotwicz, służąc u nas, nosił jeszcze szarą sukmanę.
— I nosi ją do dziś dnia — zapewnił syn z powagą. — Nosi ją, jako godło swego pochodzenia, jako symbol strzechy słomianej, którą i on i ja się szczycę.
W głosie jego tyle brzmiało godności i szlachetnego zapału, iż hrabia uczuł się zdetonowany na chwilę; nie dając jednak za wygranę, dorzucił szyderczo:
— Skoro tak, dlaczego tę ukochaną i nader właściwą szatę chłopską zmieniłeś pan na strój szlachecki?
— Nie, panie hrabio, nie szlachecki... Odkąd bowiem monopol herbu i szabli zniesiony został, szlachetność o tyle się zdemokratyzowała, o tyle rozpowszechniła, iż nie używa dziś osobnego munduru. Przywdziałem zaś barwę używaną przez większość inteligencyi, bo mię dłuższy pobyt w stolicy i studya uniwersyteckie zmusiły do tego. Nie zmniejsza to jednak czci mojej dla szarej sukmany ojca i wieśniaczej jego strzechy; kto wie, może do jednej i do drugiej sam jeszcze z dumą powrócę.
— Brawo, mój chłopcze — zawołała pani Opolska, patrząc na niego z macierzyńskiem nieledwie