Strona 14
się napowrót na kolana u wezgłowia, jak gdyby widokiem siły swej i spokoju otuchy choremu dodać chciała.
— Nie mogę — jęknął żałośnie, — nie rozumiem nic. niech Terenia mówi pacierz...
Posłuszna skinieniu matki dziewczynka, uwolniła się z objęcia brata, i złożywszy rączki chciała spełnić zlecenie; na razie jednak głosu jej zabrakło i tylko dwa strumienie łez po szczupłych, śniadych potoczyły się policzkach.
Stary Kotwicz, a za nim i służba, zebrana u progu, uklękła również. Hrabia Eustachy, rozparty w fotelu znalazł się nagle w drażliwem położeniu. Czuł, że mu pozy tej wobec majestatu modlitwy i śmierci zachować nie wypada, od lat zaś tylu nie klęczał, iż korna ta postawa śmieszną mu się wydała. Co by też na to powiedzieli eleganci wiedeńscy, gdyby go w podobnem ujrzeli otoczeniu?
— "Ojcze nas" — zabrzmiał w tej chwili łzami przerywany, drżący głosik dziecięcy. "Ojcze nasz, który jesteś w niebie"...
I rzecz dziwna moc tej niewinnej, łkającemi usteczkami wypowiadanej modlitwy, kazała mu nagle ugiąć kolano, chyląc w pokorze głowę przed jej powagą. Sceptyczny niedowiarek, zimny szyderca, ironiczny Eustachy Morski, klęczał skruszony, powtarzając pełne prostoty słowa, słowa wzruszające powagą swą i świętem wspomnieniem matki, która
go pierwsza nauczyła ich kiedyś, a zatarte całemi latami szaleństw w pamięci swiadowego hulaki.
Chory leżał nieruchomie na wznak, z przymkniętemi powiekami i woskową bladością na licach; zdawało się, że tylko moc modlitwy dziecięcemi wypowiadanej ustami, trzyma ducha jego w sztywniejącej ziemskiej powłoce.
— "Wierzę w ducha św., świętych obcowanie, grzechów odpuszczenie, ciała zmartwychwstanie, żywot wieczny Amen" — brzmiał cienki, łkaniem nabrzmiały głosik Tereni.
Opolski podniósł powieki.
— Wierzę! — potwierdził.
Wtem gasnące jego oczy spostrzegły obok Kotwiczą kilku wieśniaków, którzy się tu wsunęli z ganku, i w głębi obumierających źrenic raz jeszcze żywszy zagorzał odbłysk.
— Umieram — wymówił wyraźnie — powiedzcie, że mu przebaczyłem... nie karzcie go... Za śmierć i krzywdę ojca kochajcie moje dzieci... tak, jak ja was kochałem...
Westchnął i dusza uleciała ku niebu.
Pani Jadwiga powstała, białą ręką przysłoniła mu powieki i pochyliła się, chcąc pocałować czoło umarłego, lecz równocześnie zachwiała się i bez zwysłów runęła na ziemię.
W pokoju powstał płacz i zgiełk; dzieci rzuciły się ku matce, lecz stary Kotwicz wziął ją już w sil-
ne ramiona i do dalszych unosił komnat. Terenia pochwyciła rękę hrabiego.
— Wujcia, wujaszku — szeptała z rozszerzonemi źrenicami — ja się tak boję!
Eustachy Morski spojrzał na trupa; jemu samemu straszno się zrobiło.
Jeden ze starych wieśniaków, przeżegnawszy się przygarnął dziecinę, a biorąc ją na ręce, mówił z prostotą:
— Chodź, pannuńciu, tyś dzisiaj nasza sierotka; ojciec poszedł do Bozi, ale nam cię strzedz kazał, nie pozwolimy ci żadnej zrobić krzywdy, tyś teraz gromadzkie dziecko.
Uwolniony od pupilki, hrabia Eustachy, rzuciwszy raz jeszcze na łóżko wejrzenie pełne zabobonnej trwogi, wybiegł szybko na ganek. W chwilę zaś później gwałtowny turkot przywołał do przytomności i zbudził z ciężkiego omdlenia złamaną zarówno fizycznie, jak moralnie Jadwigę Opolską.
— Co się stało? Co to za hałas? — pytała, niepomna na razie wszystkiego.
— Nic, nic — uspokajał służący. — To hrabia Morski odjechał do domu.
— Tchórz! ucieka w takiej chwili — wyszeptał Kotwicz wzgardliwie.
IV.
Smutne te dzieje lat ubiegłych przesuwały się z fotograficzną nieomal ścisłością przed oczyma Eustachego Morskiego, gdy rozparty w wygodnym powozie, kazał nazajutrz po niefortunnem spotkaniu ze swą pupilka, wieść się z pierwszą wizytą do Opola. Tyle już czasu upłynęło od chwili tych, tyle wypadków zatarło się w jego duszy. Dziesięć lat w życiu światowego Don-Juana i dyplomaty, to nie wyczerpana kopalnia wydarzeń, nagromadzonych przez gorączkową za życiem i użyciem gonitwę. A jednak, z pod tych bogatych pokładów powstawały nagle jakieś antidyluwjalne okazy, by się zeń naśmiewać i szydzić bezkarnie.
Hrabia pojmował w tej chwili całą nicość roli swej, a jeżeli nie rozumiał nikczemności postępowania, to wzamian odczuwał z gniewem tłumionym
śmieszność, jaką go ono okrywało. Zbudzone echo dawnych wypadków nie pożałowało mu ani jednego fakciku, nie oszczędziło żadnego szczegółu. Wszystko, od owej ucieczki wobec umierającego aż do wczorajszego brutalstwa, okazanego powierzonej sobie niegdyś sierocie, każdy rys z podwójną występował siłą.
Morski był wściekły poprostu. Nie wiedział czy mu wypada usprawiedliwiać się i tłumaczyć, czy prosić o przebaczenie; fałszywa zaś ta pozycya, jego ulubieńca salonów, drażniła w najwyższym stopniu. Nie byłby też prawdopodobnie narażał się na nią, gdyby nie wspomnienie czarnych, pałających gniewem i oburzeniem źrenic panny Teresy, które jak dwie gwiazdy stały mu na oczach i ciągnęły w stronę Opola. Pominąć sposobność zbliżenia się do najpiękniejszej kobiety, jaką kiedykolwiek spotkał w życiu? Nie, o taką niezręczność nikt Morskiego nie posądzi.
Wtem myśl zbawcza błysnęła mu nagle. Wszak mówiono, iż zaniedbaną przez niego opiekę podjął stary Kotwicz. Skoro tak, rzecz doskonale się układała. Kotwicz był przez lat wiele rządcą i plenipotentem hrabiów Morskich, można więc będzie łatwo wytłumaczyć, iż na ich żądanie zajmował się interesami nieletnich Opolskich; nawet pewno stary hrabia poruczył mu je. Zresztą p. Eustachy gotów był powiedzieć, że działo się to z jego wiedzą i na