Strona 13
— Dziękuję — wyszeptał. — Zdjąłeś mi ciężar z piersi. Zgon mój niech cię nie smuci, stary druhu.
Oczy jego pałały, dłonie obu w gorącym splotły się uścisku.
— Hrabia Eustachy! — wybiegło na usta pani Opolskiej, która ujrzawszy przybyłego, szybko się podniosła.
Na progu stał młody Morski, a oczy jego w szkła uzbrojone, obrzuciwszy badawczem wejrzeniem całą scenę, błysnęły ironią; na ustach lekkie osiadło skrzywienie.
— Eustachy! — wołała pani Jadwiga, rzucając się ku niemu z wyciągniętemi dłońmi i tym wyrazem wylania i wdzięczności, z jakim w chwilach nieszczęścia bliskich sobie witamy.
Hrabia obie ujął jej rączki.
— Chare cousine — wycedził — jakże mi przykro, że cię w takiej spotykam chwili.
Chłód ten konwencyonalny nie zdołał zmrozić pani Jadwigi.
— Eustachy! dziękuję żeś przyjechał! — mówiła. — Bratem mi zawsze byłeś, chodź, chodź, zobacz, jak straszne Bóg zesłał na nas nieszczęście.
I pociągnęła go ku łóżku.
Na widok krwi zakrzepłej, gdzie niegdzie przy założonych naprędce bandażach, Morski szarpnął się lekko. Zdawało się, iż chciał uciekać przed wstrętnym tym obrazem. Przyzwyczajenia jednak
człowieka dobrze wychowanego odniosły nad odrazą zwycięztwo. Przybliżył się, a przywitawszy szwagra, zauważył z uśmiechem.
— No, panie Janie, nastraszyłeś niepotrzebnie
mego ojca. Nie jest tak źle, jak widzę.
— Kula tkwi w piersiach — objaśnił chory — do-
któr życie me na minuty liczy zaledwo.
— A to kanalie — uniósł się hrabia. Przepraszam cię, kuzynko, ale bym jak psom w łeb wszystkim postrzelał.
Opolski zamienił znaczące spojrzenie z siwowłosym towarzyszem. Młody Morski pochwycił je w drodze, a zwracając się do niego, zauważył lekceważąco.
— A, i Kotwicz tutaj? Cóż go sprowadza?...
— Wieść o nieszczęściu, jakie spadło na Opole, a przytem życzenie ojca pańskiego, którego list tu przywiozłem, brzmiała poważna odpowiedź.
Więc hrabia pisał do ciebie, kuzynko? — pytał z pewnem niezadowoleniem.
Tak. Poczciwy stryj donosi, że zbyt bezsilny, by mógł opuścić fotel, przelewa władzę swą na ciebie, Eustachy. Każe mi w imię najbliższych łączących nas węzłów pokrewieństwa, widzieć w tobie opiekuna mych dzieci. Czy ty się na to zgadzasz, bracie?
— No, zapewne... zapewne — przyznał z lekkiem wahaniem. — Sądze jednak, kuzynko, iż, uniesiona
żalem, przesadzasz nieco. Pan Jan jest tak dobrze, że nie widzę potrzeby, ani rozpaczy, ani mojej opieki.
Jedno wejrzenie, rzucone w tej chwili na chorego, wykazało mu całą niedorzeczność podobnego twierdzenia. Opolski, znużony poprzednim wysiłkiem, leżał nieruchomie na poduszkach; oczy głębiej mu zapadły, rysy szary, ziemisty jakiś pokrył odcień, piersi z trudnością w oddechu sie podnosiły. Hrabia przestraszył się; tak przykrego widoku nie spotkał dotąd w życiu. Pomimo też zamiłowania, z jakiem szukał zawsze sztucznego podniecenia nerwów, byłby w tej chwili uciekł chętnie. Wzrok chorego jednakże przykuwał go i magnetycznym pociągał prądem: posłuszny mu, zwolna zbliżył się do łóżka.
— Panie hrabio — mówił Opolski, wyciągając doń ręką — Bóg nas stworzył bliskimi krewnymi, przekonania do innych rzuciły obozów, na przeciwnych postawiły krańcach. Wobec śmierci jednak względy światowe nikną; pozostaje tylko głos krwi i obowiązku...
— Po co poruszać te rzeczy? — zaprzeczył żywo Morski.
— I owszem, nie chcę siebie, ani was łudzić; umieram, czuję to, a w chwili tak poważnej szczerość jest najlepszą. Nie znam cię prawie, Eustachy, ale syn takiego, jak twój, ojca i przybrany brat Ja-
dwigi musi być prawym człowiekiem; pewność ta spowiedź lżejszą mi uczyni...
— Ależ proszę cię, kuzynie — próbował przerwać Morski.
Chory błagalnym ruchem ręki nakazał mu milczenie.
— I na mnie ciąży grzech wielki — ciągnął z wysiłkiem. — Byt moich dzieci zachwianym jest w tej chwili. Nie chcę się tłómaczyć klęską, złemi czasami, stagnacyą, bo znaczna część mojej w tem winy. Nie przewidywałem, że mi na tak krótko życia starczy. Położenie jednak nie jest rozpaczliwym, ojciec twój potrafiłby w lat parę oczyścić Opole. Samo imię jego powstrzyma już wierzycieli, których później z dochodów spłacić będzie można.
Był tak zgnębiony, głos jego tyle wyrażał cierpienia i bólu, oczy zaś Jadwigi Opolskiej zwrócone na stryjecznego brata, tak wzruszającem jaśniały błaganiem, iż wobec tego podwójnego ognia, w sercu hrabiego żywsza nareszcie zadrgała struna.
— Och, proszę, nie dręcz się — przerwał żywo. — Zrobimy wszystko, co będzie w naszej mocy, by ocalić majątek twych dzieci.
— Możecie zmiejszyć go, lecz błagam, nie sprzedawajcie Opola; ono musi pozostać własnością mego syna. Tadzio wie już dla czego, przyrzeknij mi hrabio, że nie sprzedacie.
— I owszem, przyrzekam chętnie.
— Dziękuję, Eustachy — wyszeptał z wdzięcznością. — Dziękuję, bracie, i z całej duszy błogosławić ci będę. Jadwiniu, dzieci, wy mu podziękujcie, bo ja już sił nie mam.
Chłopię i dziewczynka rzucili się posłusznie do rąk wuja, który zażenowany, nie wiedział, co ma ze sobą zrobić.
— Jezus, Marya! — wybiegło na usta chorego. Przerażony Kotwicz i pani Jadwiga poskoczyli do łóżka, kropla wina wszakże, wciśnięta w usta omdlewającemu, przywróciła mu przytomność.
— Już mi dobrze — stłumionym wyszeptał głosem. — Jestem spokojny, o byt wasz — zwrócił się do żony — bo Morscy, to potęga u nas. Oni mi zawsze szczęście przynosili; dali mi ciebie, Jadwiniu... Stałaś się aniołem, słońcem mego życia... Konając, błogosławię cię za to... Stary druhu, bądź jej ojcem i podporą, duch mój towarzyszyć wam będzie.
Głos jego słabł co raz bardziej.
— Dajcie mi pomodlić się teraz — wyszeptał, poczem wzrokiem wskazał na krzyżyk, wiszący nad łóżkiem.Żona zdjęła go i w zdrową włożyła mu rękę, a choć rysy jej bladością dorównały kości słoniowej, z której wyciosany był Zbawiciel, na usta żadna niewybiegła skarga. Przycisnąwszy je tylko do dłoni, za chwilę zesztywnieć już mającej, osunęła