Strona 12
Opolski miał bliższe obowiązki. Podnieść i uszlachetnić warstwy niższe, była to mrzonka święta, ale nie dająca się urzeczywistnić odrazu. Inna też troska szarpała w tej chwili sercem umierającego.
Tam dopełnił zadania, rzucił bowiem ziarno, które przez śmierć jego i krew użyźnione, plon z czasem przynieść musiało; tu zgonem swym osierocał dwie bezradne, młodziutkie, a w trudnem położenia pozostawione istoty.
W takiej to chwili Opolski posłał do stryja żony słów kilka, drżącą ręką skreślonych. Chociaż bowiem wyśmiewał niejednokrotnie starego Morskiego za próżność i pychę, za blichtr i ów nieszczęsny tytuł kupiony, w gruncie wierzył w prawość jego i uczciwość, dla których niewinną słabostkę przebaczył hrabiemu oddawna. Zresztą nie miał bliższych krewnych, sądził więc, iż najlepiej uczyni, poruczając dzieci swe stryjecznemu dziadkowi, który je kochał bardzo. Morski przytem, jako człowiek możny, mógł samem nazwiskiem swem zażegnać ruinę, która, dzięki idealnem mrzonkom Opolskiego, sierotom jego dziś groziła. Chodziło tylko o to, czy stary hrabia będzie miał dość sił, aby zadośćuczynić wezwaniu, kartka, przywieziona w odpowiedzi, była wyrazem szczerej boleści Morskiego. Donosił, iż sam niezdolny już do spraw ziemskich, posyła w zastępstwie syna i błaga, aby uważając go za brata pewni byli,
że Eustachy, pozostający odtąd stale na wsi, z całą gorliwością i energią postara się ojca w świętym obowiązku zastąpić.
Chory wieść tę przyjął spokojnie; Eustachego znał mało, a chociaż lekkomyślność jego drażniła go niekiedy, brał ją wszakże tylko za zbyt długie szumienie młodego piwa. Sądząc po stryju i żonie swojej, wierzył w honor i uczciwość Morskich; oczy też jego z pewnem ukojeniem spoczywały na ukochanej postaci rozumnej swojej towarzyszki, która klęcząc u wezgłowia, ze śmiertelną bladością oblicza i całą potęgą bólu w oczach, nie zamącała szczytnej tej chwili skargą, ani szlochaniem. Cicha, spokojna, siłą woli panująca nad każdem swem słowem lub ruchem, ze wzrokiem utkwionym w umierającego, słuchała ostatnich jego, z trudnością dawanych rad i rozporządzeń.
U nóg łóżka, na tej samej rozpostartej przed nim skórze niedźwiedziej, klęczało również, w bratnim złączone uścisku, dwoje pacholąt. Dziewczynka, mogąca mieć lat dziewięć najwyżej, o śniadej twarzyczce i wielkich, dzikich nieco, czarnych oczach, patrzyła z niepojętem jakiemś przerażeniem, na bladą, skrwawioną postać tatka, którego dotąd tak wesołym i pieszczotliwym widywała zawsze. Nie pojmowała jeszcze doniosłości sieroctwa, czuła wszakże, iż jej grozi coś strasznego, jakieś nieszczęście, które zawisnąwszy w powietrzu, tamowa-
ło jej oddech swobodny i serce ściskało. Po smagłej też, szczupłej twarzyczce dwa strumienie łez spływały, główka szukała podpory na ramieniu czternastoletniego może brata. Chłopię ruchem bezwiednym tuliło siostrę, cała jego uwaga bowiem skupiona była w tej chwili na ukochaną postać ojca, a w oczach jakiś nad wiek poważny, ponury palił się płomień. On zrozumiał już, jaką ponosił stratę, pojmował, co mu odbierano, ból zaś i oburzenie na zbrodniczą rękę, która śmiała tak straszną wyrządzić im krzywdę, rzuciło mu w tej chwili do duszy pierwsze zemsty pragnienie.
Chory spostrzegł błysk ten złowieszczy w oczach jedynaka. Wzrok jego cierpieniem nacechowany, pobiegł od podniesionej główki chłopca do charakterystycznej, grupę tę uzupełniającej postaci. Był nią wysoki, nie młody mężczyzna, o dużym, siwiejącym wąsie i rysach poważnych, ubrany w szarą kapotę, która, nie będąc strojem wieśniaczym, odbiegała jednak od form przez klasę wyższą przyjętych, a przypominała mieszczański ubiór małych miasteczek. Długie buty, kołnierz i mankiety z cieniutkiego, ale domowego płótna, uzupełniały ubranie, harmonizując prostotą swoją z szlachetnymi rysami i inteligentnem czołem, które, pod brzemieniem troski ciężkiej, na dłonie w tej chwili opadło.
Wzrok Opolskiego zatrzymawszy się na nim złagodniał i spokojniej już powrócił do wlepionych
w siebie, a niewysłowionym bólem gorejących oczów chłopięcia:
— Tadziu — wyrzekł — czy ty wiesz, co to obowiązek?
— Wiem, ojcze — odparł, z trudnością głos wydobywając.
— Pamiętaj, iż człowiek honoru spełnia go kosztem życia nawet.
Chłopię skinęło ciemnowłosą główką.
— Otóż poszanowanie woli umarłych do najpierwszych należy obowiązków. Pamiętaj więc Tadziu, iż nie chcę i nie życzę sobie, abyście kiedykolwiek śmierci mej dochodzili, nie wolno wam szukać zadośćuczynienia na tym, który, być może, był tylko bezwiednem w ręku innych narzędziem.
— Ależ, Janie... — wtrąciła blada kobieta,
— To moja ostatnia wola — powtórzył z naciskiem. Ty, Jadwiniu, powinnaś ją lepiej od innych rozumieć. Synowi Jana Opolskiego nie wolno rzucać ziarna nienawiści i zemsty tam, gdzie ojciec jego usiłował przez całe życie miłość i zgodę siać tylko. Pamiętaj, Tadziu, nie zostawiam ci majątku, ale poruczam ci spuściznę stokroć odeń droższą, bo misyę podniesienia i uszlachetniania maluczkich. Teraz błagam tylko, abyś zapamiętał, iż ojciec umierając zakazał ci się mścić, a polecił kochać zagon rodzinny i tych co go otaczają.
— Przyrzekani spełnić wolę twą, ojcze — wyszeptały blade usta chłopca, z powagą niezwykłą w jego wieku.
— Pamiętaj — ciągnął Opolski — iż nie pragnę widzieć w tobie reformatora, że nie polecam ci żadnej szerszej działalności. Nie, ja chcę tylko, abyś nigdy w życiu nie sprzedał ojczystego zagonu, byś go nie rzucił, nie opuścił dobrowolnie. Opole przez wiele pokoleń przechowanem w naszej rodzinie zostało; ty masz obowiązek dzieciom go swem oddać.
— Kotwicz! — zawołał nagle głośniej. Postać w szarej kapocie przysunęła się żywo. Chory zdrową ręką ujął dłoń jego.
— Stary druhu — mówił z rozrzewnieniem — ty mu to wytłomaczysz, nie prawdaż? Ty mu powtórzysz, gdy będzie wstanie zrozumieć marzenia ojca...
— Bądź pan spokojnym — zapewnił wieśniak uroczyście.
— Kotwicz — ciągnął chory gorączkowo — tamtym możnym oddaję pieniężną nad memi dziećmi opiekę, ale tobie w moralną poruczam je pieczę. Nie pozwól, by mi je wychowano na bezmyślnych paniczów, lub strupieszałe lalki. Zrób mi z nich rozumnych i uczciwych ludzi. O Terenię się nie lękam, tu przykład matki wystarczy, ale Tadzio...
Zajmę się nim na równi z rodzonym moim synem, będę ich miał dwóch odtąd.
W rysach Opolskiego wyraz ulgi błysnął.