Strona 11
rzeczą stanąć w chwili takiej przy niej, a kto wie, może rozpalona iskra uczucia rodzinnego rzuci szlachetniejszą myśl do tej duszy, może zbudzone pojęcie obowiązku zdoła go zatrzymać później w domu.
III.
Wioska Opole, o małą tylko milę od Orłowa oddalona, w niczem nie przypominała pańskiej tej rezydencyi. Obszerny, lecz skromny dwór wiejski, należał do typowych siedzib szlacheckich, patryarchalnych, nie chorujących wszakże bynajmniej na szyk lub blichtr powierzchowny. Zaciszno tu było i wygodnie, serdeczna zaś jedność i szczęście pogodną atmosferą otaczały ognisko rodzinne, przy którem piękna niegdyś, a dziś jeszcze nader sympatyczna Jadwiga Morska, królowała niepodzielnie. Porzuciwszy wraz z panieńskiem nazwiskiem wszelką pretensye do arystokracyi, umiała ona przyswoić sobie ideały męża, stać się strażniczką cnót domowych i cichą, ale wytrwałą pracowniczką, która zachwiany stan majątkowy oraz niepraktyczność marzycielską Opolskiego skrzętną nagradzała zapobiegliwością. Zwykła jednak harmonia i spokój pierzchnęły dzisiaj wobec widma nieszczęścia, jakie nad spokojnym zazwyczaj zawisło domem. Jan Opolski, szlachetny ideolog, nazywany przez jednych chłopomanem, przez drugich zaś przedwczesnym refor-
matorem, znany z gorącej swej miłości do ludu i wpływu, jaki nań pozyskał, musiał działalnością swą ściągać zawiść tych, którzyby czynniki rozkładu, a nie jedności, chcieli siać w społeczeństwie. Oskarżany niejednokrotnie, a bezpodstawnie, o wrogą dla spokoju działalność, liczył w pewnych warstwach zaciętych przeciwników. Podburzony przez nich ubogi osadnik, a dymisyonowany żołnierz, schwytany kilkakrotnie przez dziedzica na złodziejstwie i za nie karany, przekonawszy się, iż ani wsi o serwituty z dworem poróżnić nie zdoła, ani pokątnem doradztwem nie pomści się na Opolskim za mniemane swe krzywdy, w zbrodni postanowił szukać odwetu. Stąd, jadąc spokojnie od robót, właściciel Opola został na skraju lasu ugodzony zdradzieckim nabojem loftek, które, śmiertelną zadawszy ranę, żadnej nadziei życia nie pozostawiały*.
Cios ten, jak grom z pogodnego spadły nieba, zakłócił nagle spokój Opola, zdradzając panujące ta zamieszanie dla mniej nawet wprawnego oka. W atmosferze czuć było nieszczęście, gorączkowy ruch
-------
* Każdego, komu fakt ten wydałby się nieprawdopodobnym w naszych stosunkach, autor prosi o zajrzenie do akt sądu lubelskiego. Niestety, tragedya podobna, wynikła ze sztucznego mącenia przez pokątnych doradców, harmonii między dworem a chatą, powtarza się tam kilkakrotnie. Ostatnim razem byliśmy jej świadkiem przed czterema laty, w procesie o zabójstwo właściciela dóbr Białopole, w powiecie hrubieszowskim.
zaś około stajen i oficyn, skąd raz wraz wybiegał posłaniec po nowe lekarstwo lub doktora, grupy wieśniaków rozprawiające coś z cicha, z głębokiem jednak wzburzeniem, zdradzanem gwałtownymi ruchami, i służba biegająca bezładnie lub przysłuchująca się ciekawie, dziwnie odbijały od martwej ciszy dworu. Pozamykane okna ze szczelnie pospuszczanemi storami, zdawały się tu bronić dostępu upalnym nawet promieniom słonecznym, których blask złocił z rozrzutnością bogacza wielki gazon, cienistymi otoczony kląbami, niebotyczne topole i ganek wraz z zajeżdżającym w tej chwili lekkim kabryoletem hrabiego Eustachego.
Na progu stał stary służący, w płócienny kitel przybrany, rozmawiając z trzema w roboczych strojach, jakby wprost od pracy oderwanymi wieśniakami.
Hrabia skrzywił się na widok tego negliżu.
— Jakże się pan miewa? — spytał, wysiadając.
— Gorzej; nie ma, zdaje się, ratunku — odparł lokaj smutnie.
— A czegóż chcą oni? — podjął jeszcze Morski, wskazując głową w stronę wieśniaków.
— Przyszliśmy się dowiedzieć wedle tego, jak tam z naszem paniskiem — objaśnił jeden z trzech włościan, pokornie chyląc się ku ziemi.
— Sielanka — mruknął hrabia, wzruszywszy ramionami, poczem dodał: — Zaanonsuj mnie panu.
— Nie trzeba — rzekł na to stary sługa — chory
czeka już dawno; wszyscy też przybycia jaśnie hrabiego wyglądaliśmy niecierpliwie.
I wskazując drogę, poszedł naprzód w głąb dworu
Obszerny pokój, do którego wprowadził przybyłego, smutny przedstawiał widok. Na dużem, skromnie zasłanem, a wprost drzwi stojącem łóżku, leżał w połowie tylko rozebrany, z obandażowanem naprędce ramieniem, Jan Opolski. Szlachetne, wydatne jego rysy, strasznym upływem krwi osłabione, zielonawa pokrywała bladość; w czarnych, marzycielskich zazwyczaj oczach, siła woli ostatnim gorzała blaskiem. Czuł, że umiera; zresztą; doktór nie ukrywał przed nim bynajmniej, iż rana jest ciężka i że oprócz strzaskanej ręki, loftka, tkwiąca w płucach groziła lada chwilę wewnętrznym krwotokiem, który musiał nieuchronnie śmierć spowodować.
Chory wieść tę przyjął spokojnie. Ubytek sił czynił go obojętnym na czysto ziemskie sprawy finansowe, wejrzenie zaś, w przeszłość rzucone, kazało wierzyć, że nie żył daremnie, że powierzonych sobie ewangelicznych talentów nie zmarnował napróżno. Świadomość spełnionego obowiązku osładzała mu ostatnie chwile życia, opromieniała blade rysy wyrazem spokoju i siły.
Prócz gorącej jednak miłości do społeczeństwa, dla którego dobra pracował gorliwie przez całe życie, prócz gorącego przywiązania do maluczkich,