Strona 10
nietylko zaufanie, ale i życzliwość starego hrabiego, podnoszącą ich obu w mniemaniu ogółu.
Wiek ma jednak swoje prawa; pomimo też czynnego życia i wielkiego zapasu energii, Morski zaczął ku ogólnemu zmartwieniu stopniowo zapadać na zdrowiu. Zupełnie osamotniony, a coraz słabszy, zgodził się wreszcie na przywołanie syna, niewidzianego od lat kilku, tem bardziej, iż długi pobyt nad modrym Dunajem, nie przynosząc żadnej widocznej korzyści, zaczynał powoli oczy starców otwierać.
Trzydziestokilkoletni hrabia Eustachy bardziej jeszcze rozczarował marzenia ojcowskie. Nie był to świetny dyplomata, obznajmiony doskonale ze sferami rządowemi i party przez ambicyę do zajęcia coraz wyższych stanowisk. Nie był również uczciwy mąż stanu, zajęty gorąco sprawami kraju, i poświęcający im czas swój, zdolności, oraz wszystkie zabiegi. Nie, młody Morski przedstawiał typ odrębny zupełnie, a najmniej przez starego hrabiego pożądany. Szczupły, łysawy, o wypieszczonych ryżawych bakenbardach i bladych oczach, arogancko z poza szkieł strzelających, zdradzał on powierzchownością samą, kryjącą się wewnątrz moralną istotę. Wszystko od rąk, jak u panienki wypieszczonych, i zalotnie brylantowym błyskających Pierścieniem, aż do kołyszącego się niedbałego chodu który wobec kobiet tylko stawał się młodzieńczo
elastycznym, wszystko zdradzało w nim zużytego, zmęczonego życiem hulakę. Oczy zamglone nie mówiły o inteligentnej pracy myśli, o samoistnem badaniu, lub częstszej z poważną książką styczności. Zapadłe w zamian, matowo-blade policzki, zdawały się znużeniem swojem wskazywać szereg długich nocy bezsennych; próżniacze zaś ręce, o lekko wygiętych palcach; powtarzały często bezwiedny ruch nerwowy, który dziwne tasowanie kart przypominał.
— Cóż tam u was słychać? — pytał stary Morski, gdy zmęczony widocznie sceną powitania, panicz rzucił się na fotel, i wyciągnąwszy nogi przed siebie, wonne zapalił cygaro.
Eustachy ziewnął przeciągle.
— Święte nudy. Wyścigi poszły niefortunnie, przyjęcia skończone. Wiedeń opróżnia się powoli.
— Ja też pytałem o sprawy publiczne...
— A któż tam zajmuje się niemi dzisiaj! Przyznam się, iż znaczna suma, stracona na ostatniem torze, stokroć mnie więcej obchodzi.
— Nie wiedziałem, że bierzesz tak wielki udział w wyścigach.
— Phiu! — świsnął hrabia Eustachy przeciągle. Wróble na dachach świegocą już o tem. Moją lady Macbeth zna cały Wiedeń prawie. Czemżeż-by się młodzież z porządnych domów zajmowała dzisiaj, gdyby jej sport odebrano?
— Sądziłem, iż polityka, jako zawód publicznem poświęcony sprawom, niewiele wam na to wolnego pozostawia czasu.
— A któż tam zawód ten bierze na seryo?
— Stary Morski, przykuty od paru miesięcy do
fotelu, wyprostował się na nim, jakby pod dotknięciem iskry elektrycznej.
— Jakto, kto bierze na seryo? — oburzył się. — Sądzę, że tu nie chodzi o prywatną zabawkę, lecz o losy kraju, którego jesteście przedstawicielami.
— Paradnyś sobie ojciec! — zaśmiał się hrabia Eustachy szyderczo. — To tylko zdaleka i na partykularzu wpływ nasz tak poważnie wygląda. Kto bliżej stoi wielkiej rządowej machiny, ten wić doskonale, że niełatwą jest rzeczą stać się jednym z poruszających ją kół lub kółek. Rola ta dobra dla starej arystokracyi, służącyj dyplomatom za szyld zawsze, lub dla sprytnych i przedsiębiorczych adwokatów, którzy rzuciwszy się na awantury publiczne, nierzadko do ministeryalnej dochodzą teki.
— Alboż nie należysz do arystokracyi? — pod jął Morski ze zdziwieniem.
Tytuł kupiony za nędznych kilkanaście tysięcy reńskich! Diantre! Toż mi dopiero arystokracya — rzucił hrabicz wzgardliwie. Mogłeś się przynajmniej ojciec wcześniej namyśleó i pospieszyć z tą wątpliwej wartości finansową operacyą. Pewno-by
mi ludzie mniej dziś nią w oczy kłuli. Ale taka to już dola nas młodych, musimy zawsze za niedołęstwo i niewczesne pomysły rodziców pokutować.
Pan Ignacy skamieniał nieledwie. Nie taką sobie wyobrażał jedyną rodu swego podporę. Krew szlachecka zagrała; niepomny też arystokratycznego spokoju, miał wielką ochotę schwycić przeżytego, wyperfumowanego drągala za kołnierz i wstrząsnąć nim z sił całych, w nadziei, iż wzbudzi to w nim może ducha, uśpionego widocznie. Choroba jednak i nogi bezwładne, przykuwały go do krzesła, a gładzący czerwonawe faworyty pan Eustachy, nie był małym Stasiem, któregoby dowolnie skarcić można.
Starzec smutnie głowę na piersi opuścił.
— Rodzina twoja ma dawniejsze prawa do arystokracyi — wyrzekł w końcu. — Tytuł kupiłem wtedy dopiero, gdym spostrzegł z żalem, że ani ty, ani ja, nie potrafimy własną zasługą zapisać się w jej rocznikach...
— Aha, starsze prawa — mruknął syn ze znudzeniem. — Wiem, wiem, królowa Bona, no i ów słynny obraz: "Nie lękaj się, kuzynie, bo ja tu jestem".
Pan Ignacy wargę przygryzł tylko.
— Mój Eustachy — zauważył po chwili — nie zatruwajmy sobie pierwszej chwili spotkania poru-
go z ty światem. Ten zimny, wyrachowany, wystygły samolub, o wieczystej ironii, przyrośniętej do ust żyjący tylko dla zadowolenia własnych namiętności i słabostek, a szukający chluby w salonowych sukcesach jedynie, zgrozą go przejmował. Ostatniem też marzeniem Morskiego było nie puścić już syna nad Dunaj, zatrzymać go na wsi na zawsze i tu w ciaśniejszem kole obowiązków szukać dlań odrodzenia. Hrabia Eustachy jednak nie ukrywał bynajmniej, iż choroba ojca trzyma go, jak na uwięzi; że oczekuje tylko przesilenia na lepsze lub gorsze, aby co rychlej opuścić kąt ten zakazany i na szerszą wypłynąć widownię.
W takiej to chwili nowy smutek spadł, jak grom, na starego Morskiego. Mąż synowicy jego i przybranej córki nieledwie, razem niegdyś z Eustachym wychowanej, rzucony wskutek nieszczęśliwego wypadku na śmiertelne loże, wzywał go, pisząc drżącą ręką, iż stryjowi, który im tyle razy ojca zastępował, pragnie przed śmiercią dzieci swe oddać w opiekę.
Starzec, którego serce zrażone przez syna, w ostatnich szczególnie czasach niejednokrotnie zwracało się do tej, co mu długo córkę zastępowała, nie był wstanie zadośćuczynić wezwaniu. Równocześnie jednak w głowie jego błysnęła myśl, aby w miejsce swoje posiać im Eustachego. "Wszak Jadwiga Opolska była mu siostrą prawie; jego więc